Translate

piątek, 14 kwietnia 2017

~.37.~

Jechaliśmy ulicami Trinidadu, ale nie w ogromnym vanie, a w malutkim samochodziku bez okien. Było bardzo słonecznie i gorąco, Rosalie oparła ręce o bok pojazdu, a na nich głowę, aby podziwiać widoki. Musiałem przyznać, że było tu niewyobrażalnie pięknie. Miasto wyglądało, jakby zatrzymało się w latach 60. Obawiałem się, iż Rose nie cieszy się z wyjazdu. Oczywiście wciąż bolała ją strata dziecka, ale zdecydowałem się na podróż, aby mogła ruszyć dalej.
Bukując wycieczkę zaznaczyłem, że nie chcę hotelu. Karima znalazła mały domek blisko plaży i cywilizacji. Nie interesował mnie przepych, tu mieliśmy czuć swobodę.
Przyjechaliśmy na miejsce, nasz domek był koloru niebieskiego z brunatnymi drzwiami. Prowadziła do niego leśna dróżka, właściwie to znajdował się zaraz przy plaży. Mężczyzna, który nas tu zawiózł, wyciągnął walizki. Podziękowałem oraz pożegnałem go, idąc z Rose do wejścia. Nie mówiła nic, po prostu patrzyła na to, co robię. Wyjąłem klucz, którym otworzyłem drzwi. Przedpokój był bardzo ładny, po lewej ogromne lustro, a po prawej wieszak i mała ławeczka. Postawiłem walizki, a Rose poszła dalej. Rozglądała się po salonie.
Był połączony z kuchnią, znajdował się tu też stół jadalny i kanapa z telewizorem. Idąc w głąb znaleźliśmy sypialnię oraz łazienkę. Dom był parterowy, przytulny.
- Pójdę wziąć prysznic - oznajmiła moja narzeczona bez emocji, chwytając za swoją torbę.
Bolało mnie jej zachowanie, odpychała mnie. Nie rozmawialiśmy, coś wygasło i miałem nadzieję, że pobyt tutaj pozwoli nam to odbudować.
Gdy Rose wyszła z łazienki, przyszła moja kolej. Obmyłem, zmęczone podróżą, ciało i przyszedłem do ukochanej, która siedziała na ławce z tyłu domu. Patrzyła na lazurową wodę obijającą się o piasek. Słychać było szum ciepłego wiatru i ćwierkanie ptaków. Usiadłem obok Rose, opierała podbródek o kolana, które objęła rękoma.
Siedzieliśmy tam chwilę w ciszy, zastanawiałem się, co mógłbym jej powiedzieć. Zwykłe słowa nie wystarczą, w ciągu minuty nie zmienię jej uczuć.
- Podoba mi się tutaj - wyszeptała nagle, nie odrywając wzroku od plaży.
Mimo związania w kitkę, jej włosy lekko powiewały na wietrze. Nie miała ani grama makijażu, wyglądała przepięknie.
- Cieszę się, zaplanowałem parę rzeczy na ten wyjazd. Mam nadzieję, że je polubisz - odparłem, drapiąc się po karku.
- A obiad? Bo jestem głodna - spytała, patrząc na mnie po raz pierwszy, od kiedy tu jesteśmy.
- Lodówka jest pełna, mogę coś dla nas ugotować - powiedziałem, zdobywając się na uśmiech.
Kiwnęła głową, po czym wstała i ruszyła do kuchni. Szedłem tuż za nią, Rose usiadła na krześle, opierając jedną nogę. Ja otworzyłem lodówkę, zastanawiając się, co mógłbym zrobić. Patrząc na składniki, wywnioskowałem, że jest ich wystarczająco na makaron z sosem tysiąca serów. Oczywiście nie potrzebowałem do niego takiej ilości.
Rosalie przyglądała mi się, gdy przyrządzałem nam obiad. Ani razu nie spuściła wzroku.
- Nigdy nie widziałam, jak gotujesz - stwierdziła po chwili.
- Więc będę gotował do końca wyjazdu - zaoferowałem się, posyłając jej uśmiech.
- Ile tu będziemy?
- Do 2 stycznia - oznajmiłem, zerkając na nią co kilka sekund.
- Nie mam ubrań na taki klimat, jedynie ten prezent od Annie - powiedziała spokojnie, przygryzając wargę.
- Coś wymyślimy - sapnąłem, mrugając do niej jednym okiem.
Wyjąłem zagotowany makaron, odcedziłem go i wyłożyłem na talerze. Zaraz potem dodałem sos, wręczyłem Rosie talerz, biorąc sztućce. Stwierdziliśmy, że na dworze jest zbyt pięknie, by jeść w domku i wyszliśmy na ławkę z tyłu.
- To jest naprawdę dobre, musisz częściej gotować - stwierdziła, zajadając się makaronem.
- Dziękuje - zachichotałem z dumą, wkładając widelec do buzi.
- Nigdy nie byłam na Kubie - mruknęła, zerkając na mnie.
- Ja byłem, Trinidad to moje, ulubione miasto - oznajmiłem, wracając do wspomnień z nastoletniego czasu.


Następnego ranka obudziłem się pierwszy, Rose spała słodko, więc postanowiłem się ubrać. Martwiło mnie, że moja narzeczona nie przytulała się do mnie, jak zwykle. Leżała na drugim boku, tyłem do mojej osoby. Musiałem to naprawić, naprawić ją.
Udałem się do łazienki, aby umyć zęby i uczesać włosy w koczka. Narzuciłem na siebie biały tshirt z nadrukiem i szare spodenki dresowe do kolan.
Dzisiejszy dzień miałem w pełni zaplanowany, przygotowałem kilka rzeczy, które mogą pomóc Rose odzyskać ten blask, który zabrała jej śmierć naszego dziecka.
Nie robiłem śniadania, bo chciałem pójść do knajpki, w której bywałem, gdy odwiedzałem Trinidad. Wróciłem do pokoju, aby obudzić Rose. Wczołgałem się na łóżko, nachylając się nad narzeczoną. Zacząłem całować jej czoło, nos, a na końcu usta, aż zerwała się ze snu.
- Zayn - mruknęła ospale, przecierając oczy.
- Wstajemy, czeka nas dzisiaj dużo do roboty, skarbie - powiedziałem z uśmiechem, gdy patrzyła na mnie.
Rosie odkryła kołdrę i wyczołgała się z łóżka, podeszła do szafy, gdzie wczoraj rozpakowała swoje rzeczy. Stała przed nią dosyć długo, by stwierdzić, że nie ma, co ubrać. Prychnąłem pod nosem, wstając z łóżka.
- Nie masz nic na cieplejsze dni? - spytałem, patrząc na rozłożone rzeczy.
- Nie, Zayn. Nie wiedziałam, że zabierzesz mnie na Kubę - powiedziała z nutką poirytowania.
Po chwili sięgnęła po zwykły, biały tshirt z kieszonką. Znalazła też czarne leginsy do kolan. Wzięła rzeczy i poszła do toalety, gdy ja wziąłem swój plecak. Spakowałem potrzebne nam rzeczy na wycieczkę. Ubrałem okulary, czekając na blondynkę. Zajęło jej to chyba wieczność.
W końcu wyszła ubrana, włosy związała w kitkę, a na nogach miała czarne, krótkie converse.
- Gdzie idziemy? - spytała, biorąc małą, czarną torebkę na pasku.
- Na śniadanie - oznajmiłem, gdy razem wyszliśmy z domu.
Zakluczyłem drzwi, po czym skierowaliśmy na przystanek autobusowy. Tutaj wszystko wyglądało zupełnie inaczej, nie było asfaltowej sieci dróg i nowoczesnych aut. Jezdnia do wyznaczony pas z piasku, a autobus był stary i bez okien. Dopiero po wjechaniu do strefy miejskiej, zobaczyliśmy kamienne podłoże.
Rose robiła dużo zdjęć, wysłała kilka do mamy. Ja jedynie pisałem sms z Waliyhą, która bardzo martwiła się o Rose. Dzwoniła do niej kilka razy, ale narzeczona nie odbierała.
Wysiedliśmy na przystanku blisko rynku, czuliśmy się tutaj tak swobodnie. Nikt mnie nie poznawał, nie kręcili się paparazzi. Nie było nawet mojej ochrony.
Weszliśmy do malutkiej knajpki, prowadziła ją kobieta o imieniu Freda. Ma 60 lat i straciła męża, lokal otwierała z nim po ślubie. Pamiętała mnie, zawsze rozmawialiśmy długo. Pomagała mi zmagać się z problemami królestwa. Nie wiedział o tym nikt, aż do teraz.
- Zayn, oh Zayn - zaświergotała, gdy weszliśmy do środka.
Freda nie znała angielskiego, więc jedynym językiem, w jakim mogliśmy się porozumieć był hiszpański.
- Tak za tobą tęskniłam, no nareszcie - mówiła podekscytowana, ujmując moją twarz dłońmi.
- Freda, chciałbym ci przedstawić moją narzeczoną, Rosalie Bufford - odparłem, obejmując blondynkę w talii.
Speszyła się, wzdrygnęła, więc zabrałem rękę. Freda spojrzała na nią, po czym wzięła Rose w ramion.
- Oh, no wreszcie mi ją przywiozłeś. Zayn rok temu opowiadał, jak bardzo cię kocha, ale nie jesteście razem. Teraz wreszcie jest szczęśliwy. Miło cię poznać Rosalie - mówiła, jak najęta, ściskając zaskoczoną dziewczynę. - Siadajcie, już podaję.
Freda ruszyła do kuchni, a Rose spiorunowała mnie wzrokiem. Pokazałem jej, by usiadła, co też zrobiła.
- Kto to? - spytała, mrużąc oczy.
- Freda, przychodziłem do niej za każdym razem, gdy odwiedzałem Trinidad. Zawsze mi pomagała - wyjaśniłem, łącząc dłonie na stole.
Nie powiedziała nic więcej, siedzieliśmy w ciszy do momentu, aż Freda przyniosła nasze chiviricos*. Zabraliśmy się za jedzenie, Rose ewidentnie smakowało.
- Cieszę się, że pokazujesz mi miejsca, które coś dla ciebie znaczą - odparła, zdobywając się na malutki uśmiech.
- Dzielę się nimi z tobą, bo jesteś najważniejszą osobą w moim życiu, wkrótce zostaniemy małżeństwem - powiedziałem spokojnie, gdy patrzyliśmy sobie prosto w oczy.
Wyglądała, jakby analizowała moje słowa. Chwilę jej zajęło, aż wzięła głęboki oddech. Z początku bałem się, że odpowie przecząco.
- Kocham cię - wyszeptała po prostu,  a ja złączyłem nasze dłonie na stole.
- Przepraszam, mogę ją na chwilę porwać? - spytała Freda, która stanęła przy nas.
Spojrzałem na Rose, a ona kiwnęła głową. Wiedziałem, że moja narzeczona jest świetna w językach, umie płynnie hiszpański i francuski, więc dogada się z Fredą. Sam zostałem w knajpce, wyjąłem telefon, aby porozmawiać z siostrą.

- Cześć, Wal.

- Hej, Zaynie. Jak tam wakacje?

- Dobrze, właśnie zjedliśmy śniadanie.

- Jak ona się czuje?

- Nie najlepiej, ale widzę lekką poprawę. Co słychać w pałacu?

- Doniya była dzisiaj w odwiedzinach, zaraz kładę się spać. Kiedy zamierzacie wrócić?

- 30 stycznia.

- Cholera, Zayn. Wiem, że masz problem z Rose, ale królestwem nikt za ciebie nie zapanuje. Tata może i przejął obowiązki, ale musisz tu wrócić, bo on gorzej się czuje. Nie ma was ponad miesiąc.

- Nic na to nie poradzę. Wrócę 30 stycznia i wszystkim się zajmę, a co się dzieje z tatą?

- Po prostu gorzej się czuje, jest coraz starszy.

Gdy Rose wróciła do mnie, była lekko zamyślona. Wiem, że rozmowy z Fredą tak działają na człowieka, więc nie wypytywałem jej o nic. Po prostu złączyłem nasze ręce, opuściliśmy lokal i udaliśmy się w kolejne miejsce. Zaplanowałem to dokładnie, miałem nadzieję, że to pomoże Rose.
- Gdzie idziemy, Zayn? - wymamrotała widocznie zmęczona długim spacerem.
Poszliśmy na obrzeża miasta, spacerowaliśmy leśną dróżką. Było trochę pod górę, co męczyło Rosie. Nie miałem zamiaru zdradzać jej mojego planu, więc nie odezwałem się, gdy zapytała. Spojrzałem na jej rękę, gdzie był tatuaż zrobiony prawie 6 lat temu. Napis "We are afraid of ourselves"  na lewej ręce. Na nadgarstku miała też kompas. Zrobiła go w Brazylii, ale nigdy nie mówiła o znaczeniu.

- Pamiętam, jak bardzo się bałaś, ale próbowałaś być twarda przy robieniu go - odparłem, przejeżdżając kciukiem po dziarze.
- Chciałam ci zaimponować, że jestem nieustraszona - wspomniała spokojnie, wbijając wzrok w ziemię.
Kąciki jej ust lekko się uniosły. Coraz częściej się uśmiechała. Chyba rozmowa z Fredą jej pomogła.
- Nigdy nie powiedziałaś mi o tym - odparłem, wskazując na kompas.
- Zrobiłam go wtedy w Rio. Wskazuje północ, a w środku są współrzędne Bombaju. To przedstawia moje przywiązanie do ciebie i tego miasta - wyjaśniła ledwo słyszalnie, patrząc na tatuaż.
Byłem w szoku, nie spodziewałem się tego. Widziałem go tyle razy, ale nigdy nie myślałem, co oznaczają liczby wewnątrz kompasu. Teraz oboje mamy tatuaże związane z nami.
Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Było to wzgórze ukazujące panoramę miasta. Widok był cudowny. Wiatr lekko powiewał, a słońce świeciło.
- Jak tu pięknie - szepnęła, rozglądając się.
Wyjęła telefon, aby zrobić parę zdjęć. A ja sięgnąłem do swojego worka, wyjąłem nasionka oraz małą łopatkę.
- Co to? - spytała, mrużąc oczy.
- To są nasiona drzewa. Drzewa naszego dziecka. Posadzimy je dla niego - oznajmiłem niepewnie, podając jej cebulki.
Zabolało ją wspomnienie maleństwa, przełknęła ślinę z ogromną trudnością. Wzięła głęboki oddech i kucnęła obok mnie. Zacząłem kopać dołek, aby posadzić drzewo. Rose patrzyła na każdy mój ruch. Cały ten czas nie odzywaliśmy się, aż do momentu, gdy dziewczyna włożyła cebulkę do wykopanej dziury. Patrzyliśmy chwilę na nią, po czym zacząłem zakopywać dół.
- To dla niego, będziemy tu przyjeżdżać i patrzeć, jak rośnie - odparłem po skończonej robocie, stając na przeciwko narzeczonej.
- Dziękuję, Zayn - wyszeptała, przytulając mnie szczelnie. - Tak bardzo cię kocham.


Po zakopaniu drzewka udaliśmy się z powrotem do miasta. Musiałem kupić Rose jakieś ubrania, w których się nie ugotuje. Zdziwiło mnie, że zamiast pójść do sklepu, ona wolała rzeczy ze straganów. Kolorowe, przewiewne z różnymi motywami. Robiliśmy sobie trochę zdjęć na pamiątkę. Zjedliśmy obiad, po czym wróciliśmy do domku. Rose postanowiła trochę popływać. Miała ze sobą strój, więc razem poszliśmy na plażę.
Na początku bała się zrzucić koszulkę. Chyba wstydziła się swojego ciała. Podszedłem do niej, oplatając rękoma talię Rosalie.
- Kochanie, nie bój się. Jesteś piękna - wyszeptałem, chowając kosmyki włosów Rose za ucho.
Przytaknęła, ściągając koszulkę. Ukazała swoje opalone ciało, co ja zrobiłem po chwili. Razem weszliśmy do wody.


- Rose, widziałaś mój zegarek? - spytałem, po raz setny przeszukując kosmetyczkę.
- Który? Masz ich milion.
- Ten złoty Rolex - wyjaśniłem, sprawdzając na półce.
- Leży na szafce nocnej - krzyknęła zza drzwi łazienki.
Natychmiast udałem się do sypialni, gdzie znalazłem zgubę. Założyłem go na rękę, sprawdzając w lustrze swoją stylizację. Wyglądałem dobrze w ciemnej, jeansowej koszuli i czarnych rurkach. Włosy zaczesałem na prawą stronę.
Odwróciłem się, by zobaczyć Rosalie w zestawie, który dziś kupiliśmy. Granatowy top i spodenki z białymi słoniami. Do tego czarne botki i plecak. Jej włosy były wyprostowane, a na palcach tkwiły pierścionki. Wyglądała prześlicznie.
- Jesteś taka przepiękna - wyszeptałem, skanując ją.
Uśmiechnęła się skromnie, po czym złapała mnie za rękę. Wyszliśmy z domu, udając się na przystanek autobusowy. Chcieliśmy spędzić wieczór w mieście, które właśnie o tej porze ożywa.
Centrum błyszczało od świateł, wszędzie grała muzyka, pachniało jedzeniem i było pełno ludzi. Stragany z ubraniami, biżuterią, a właściwie ze wszystkim stały obok siebie. Złapałem Rose za rękę, gdy szliśmy wzdłuż uliczek. Zatrzymywaliśmy się co chwilę, aby pooglądać wystawioną biżuterię.
Rosalie przymierzała ją, zakładała na mnie. Śmiała się. Pierwszy raz od kilku dni słyszałem jej śmiech. Był taki błogi. Robiliśmy dużo zdjęć, filmów. Chcieliśmy mieć piękne pamiątki, ale i tak te najpiękniejsze były w naszych wspomnieniach.
- O Boże, słyszysz? - pisnęła, robiąc wielkie oczy.
W oddali rozbrzmiewała jakaś, kubańska muzyka. Rose złapała mnie za rękę i pobiegliśmy w jej stronę. Był to miejscowy zespół grajków ulicznych. Przygrywali miejscowe melodie, a ludzie wokół tańczyli i pili napoje alkoholowe z okolicznych barów.
- Zatańczysz ze mną? - spytała, a ja zrobiłem zaskoczone oczy.
- Ja nie umiem - wymamrotałem, pesząc się.
- Umiesz, oboje dobrze to wiemy - powiedziała, biorąc mnie za nadgarstek.
Widziałem, jak oczy Rose błyszczą nas myśl o tańcu, więc poszedłem razem z nią bliżej muzyków. Zaczęliśmy bujać się w rytm muzyki, aż w końcu rozpaliliśmy nasze taneczne pragnienie. Wyglądało to nawet spójnie. Bawiliśmy się świetnie, a ludzie klaskali nam i kręcili film. Kilku facetów zagwizdało. Atmosfera była cudowna. Rose uśmiechała się, machała biodrami oraz przebierała nogami, jak zawodowa tancerka.
W końcu, zmęczyliśmy się na tyle, by zakończyć taniec. Zebrało się wokół dużo ludzi, wszyscy bili brawo. Ja wyjąłem z kieszeni kilka banknotów i wrzuciłem do kapelusza grajków, którzy podziękowali.
- Przepraszam, porobiłem państwu dużo zdjęć. Nazywam się Paul Kiddlestone - usłyszałem za plecami, więc odwróciłem się.
Mężczyzna mający około 50 lat stał z aparatem fotograficznym. Miał amerykański akcent.
- Zayn Malik - podałem mu dłoń, a Rose dostąpiła mi kroku.
- Mógłby pan przesłać mi je na maila? - spytała moja narzeczona, opierając się na moim ramieniu.
- Ależ oczywiście, proszę mi tu zapisać - przytaknął, podając Rosie swój telefon.
Blondynka wystukała swój adres e-mail, a on podał nam wizytówkę, z której wynikało, że jestem zawodowym fotografem. Pożegnaliśmy wszystkich gapiów, łapiąc się za ręce. Ruszyliśmy dalej, gdy nagle poczułem szarpnięcie.
Rose zaciągnęła nas w ślepą, ciemną uliczkę. Zdziwiłem się, ale nie zdążyłem nawet zareagować, bo oparłam się o ścianę budynku. Złapała mnie za koszulę i przyciągnęła mnie do siebie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu złączyła nasze usta w cholernie namiętnym pocałunku. Muskała moje wargi, ale to ja zapoczątkowałem walkę języków. To było cholernie gorące.
- Nie wiem, jak ci się odwdzięczę za to, co dla mnie robisz - wyszeptała, patrząc mi w oczy.
- Po prostu bądź i mnie kochaj - wyszeptałem, całując ją w czoło.
Rosalie objęła mnie w pasie, a ja oparłem brodę o wierzch głowy mojej narzeczonej. Staliśmy tak chwilę, aż w końcu wziąłem ją za rękę i wyprowadziłem ponownie na główną ulicę, by bawić się i poznawać tradycje Kuby.



- Rose, pośpiesz się - wymamrotałem, widząc, jak blondynka dopiero zaczyna swój makijaż.
Był 31 grudnia. Sylwester.
Wczorajszy dzień spędziliśmy na plaży, Rosie odpoczywała, czytając książkę. Kąpaliśmy się w oceanie, nie wychodziliśmy nawet do miasta. Natomiast dziś czekała nas impreza u Fredy. Dostaliśmy też nasze zdjęcia od tego fotografa i wyszły cudownie. Szczególnie spodobało nam się jedno, na którym Rose uśmiechała się, trzymając ręce na biodrach, a ja wystawiałem do niej rękę.
Ja ubrałem się w czarne rurki z dziurami i koszulę z krótkim rękawkiem oraz kieszonką na prawej piersi. Spryskałem ciało perfumami, założyłem zegarek. Rose natomiast miała na sobie białą, rozkloszowaną spódniczkę oraz top, które dostała od Annie na Święta.
Włosy opadały jej falami na plecy, usta przeciągnęła czerwoną szminką, a na rękę założyła złotą bransoletkę. Wyglądała prześlicznie. Robiła sobie zdjęcie w lustrze w salonie, a ja spakowałem pieniądze do jej czarnej torebki na pasku. Nigdy wcześniej nie spędzałem Sylwestra na Kubie, ale słyszałem, że ludzie naprawdę świetnie się tu bawią.
- Kochanie, bo się spóźnimy - pośpieszałem ją, siedząc od kilku minut na sofie.
- Już idę - szepnęła, siadając obok mnie z parą niebotycznie wysokich szpilek.
- Ty jesteś pewna, że chcesz w tym iść? - spytałem, patrząc na nią z uniesionymi brwiami.
- Tak - powiedziała srogo, jakbym uraził ją, nie wierząc, że wytrwa w takich butach.
Oczywiście wiedziałem, że skończy się na tym, iż będę niósł ją na plecach, bo nie będzie w stanie wrócić do domu w takich szpilkach. Jednak, wolałem się już o to nie kłócić. Rose i tak wracała do siebie, uśmiechała się i żartowała coraz częściej.
 Rose i tak wracała do siebie, uśmiechała się i żartowała coraz częściej



Impreza u Fredy nie była taka, jak z przyjaciółmi. Było to w jej lokalu, masa jedzenia, rumu, mojito i kubańskiej muzyki. Świętowaliśmy z gronem rodziny starszej pani. Nie chcieliśmy się upijać, więc pozwoliliśmy sobie jedynie na kilka drinków. Rose bawiła się wspaniale. Tańczyliśmy parę razy, a ona wytrzymywała w swoich butach, czego byłem pewien podziwu.
- Szybko, szybko. Została minuta - powiedziała córka Fredy, biorąc butelki rumu.
Wszyscy wyszliśmy na ulicę, gdzie zbierali się mieszkańcy. Na środku placu był zegar, na który patrzyliśmy. Nie można tego porównać z Times Squere, ale miało swój klimat.
- Nasz pierwszy Sylwester razem - wyszeptałem do jej ucha, co wywołało uśmiech na twarzy Rose.
Cały czas trzymała mnie za rękę, odliczając wraz z tłumem. Byłam taki szczęśliwy, mając ją.

- 10.

- 9.

- 8.

- 7.

Tłum zbierał się już do otwierania butelek z trunkami, wszyscy bacznie patrzyli na zegar, ale ja patrzyłem tylko na nią.

- 6.

- 5.

- 4.

Może i strata dziecka nas złamała, ale byliśmy w stanie to odbudować. Właśnie tu i tylko razem.

- 3.

- 2.

- 1.

- Szczęśliwego Nowego Roku!
Przyciągnąłem Rose do siebie, by złączyć nasze usta w namiętnym pocałunku, co lekko ją zaskoczyło. Trzymałem dłonie na jej talii, wpijając się w jej gorące wargi. Było mi tak dobrze.
- Kocham cię, Zayn - wyszeptała, gdy przerwaliśmy chwilę.
- Ja ciebie też, Rose.
W tym momencie podeszła do nas rodzina Fredy, wręczając butelki rumu. Składaliśmy sobie życzenia, piliśmy alkohol i świętowaliśmy Nowy Rok. Właśnie tu, na ulicach Trinidadu. Otoczeni masą ludzi, których nawet nie znaliśmy. Jednak, najważniejsze było to, że byliśmy razem.



___________________________

Witam was po ogromnej przerwie.

Przepraszam, że tyle mi to zajęło, ale mój komputer się popsuł. Obecnie mam zastępczy, więc napisałam dla was rozdział. Lubię go. Jest taki spokojny, skupia się na relacji Rose i Zayna.

Piszcie, co sądzicie!

+ Jak widzicie dodałam zdjęcie tatuażu Rose. Jest on inny, niż w 1 części, ponieważ jestem w trakcie poprawiania jej. Zmieniło się parę rzeczy, między innymi właśnie tatuaż Rose, który zrobiła z Zaynem.

5 komentarzy:

  1. Rozdział cudowny, bardzo się cieszę, że jesteś z powrotem ♡

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że Rose wraca do siebie po stracie dziecka, Zayn miał bardzo dobry pomysł z tym wyjazdem, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się, że Zayn tak wspiera Rose w tak trudnych chwilach dla nich oboje

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetnie piszesz, cieszę się że jest już w porządku między Rose i Zaynem, już nie mogę się doczekać następnego rozdziału ♡

    OdpowiedzUsuń
  5. Super opowiadanie♡

    OdpowiedzUsuń