Siedziałem na szpitalnym korytarzu już drugą godzinę. Wtapiałem twarz w dłonie, cicho łkając. Rose była cały czas operowana, a ja nawet nie wiedziałem, co się stało. W domu Louisa padła na ziemię, krwawiąc i straciła przytomność. Czułem, jak mój świat został naruszony. Już wcześniej zauważyłem, że Rose miała problemy ze zdrowiem. Częste osłabienie, wymioty, bóle brzucha. Obwiniałem się za to, że nic z tym nie zrobiłem.
Westchnąłem, opierając się o zagłówek niewygodnego siedzenia, odstawiłem na ziemię pusty kubeczek po kawie, którą kupiła nam mama Rose. Nagle drzwi od sali operacyjnej otworzyły się, a moim oczom ukazał się lekarz i dwie pielęgniarki.
Wraz z rodzicami i dziadkiem mojej ukochanej ruszyłem w ich stronę, serce waliło mi niezmiernie. Chciałem tylko wiedzieć, co z Rose.
- Rodzina Rosalie Bufford? - spytał lekarz, a my pokiwaliśmy twierdząco głowami.
- Co z nią? - odezwał się dziadek Rosie.
- Pacjentka jest już w dobrym stanie, została wybudzona i właśnie przewozimy ją na salę - odparł, a łóżko z Rose wyjechało za pomocą pielęgniarzy.
Wiedziałem, że to nie wszystko. Coś było nie tak i mogłem wyczytać to z oczu doktora. Rodzice oraz dziadek Rosalie natychmiast do niej podbiegli, a lekarz odciągnął mnie na bok.
- To nie wszystko, prawda? - szepnąłem, patrząc na niego z nadzieją.
- Rose jest w dobrym stanie, ale dziecko...
W tym właśnie momencie poczułem się, jakby ktoś strzelił mi kulkę w brzuch. Na moment straciłem jakąkolwiek świadomość. Ogłuszenie, oderwanie od świata.
- Dziecko?
- Była w 7 tygodniu ciąży. Doszło do poronienia, panie Malik - wyjaśnił, klepiąc mnie po ramieniu i obdarzając współczującym spojrzeniem. - Bardzo mi przykro.
Złapałem się za głowę, a z moich oczu wypłynęła słona ciecz. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Rose była w cholernej ciąży, nosiła nasze dziecko. Mogliśmy zostać rodzicami, ale coś poszło nie tak. Straciliśmy maluszka, który mógł dorastać z nami. To było gorsze, niż mogłem to sobie wyobrazić.
- Dlaczego? - wybełkotałem pełen żalu, ocierając łzy ręką.
- Jej organizm nie był w stanie utrzymać ciąży, doszło do pewnych powikłań niezależnych od nikogo, tak naprawdę - powiedział, a ja widziałem jego współczucie.
Wziąłem głęboki oddech, patrząc na bok. Położyłem na moment piąstkę na zgięciu między nosem, a czołem. Nie mogłem ochłonąć, łzy leciały z moich oczu. To tak bolało.
- Czy ona już wie? - wychrypiałem, wracając wzrokiem do doktora.
- Pielęgniarki właśnie jej mówią - odpowiedział, po czym ponownie poklepał mnie po ramieniu. - Muszę już iść, bardzo mi przykro, panie Malik. Do widzenia.
- Do widzenia - mruknąłem, żegnając się z nim.
Spojrzałem w kierunku rodziny Rose, która spoglądała przez szybę od sali na dziewczynę. Chyba w tym momencie pielęgniarki informowały moją ukochaną o utracie maleństwa, co wywnioskowałem z ich zdezorientowanych min.
Tylko dziadek zerknął zaniepokojony w moją stronę, to rozdzierało mnie od środka. Widziałem, jak zmierza do mnie, a zaraz za nim państwo Bufford. Naprawdę nie miałem siły, straciliśmy go.
- Zayn - usłyszałem głos starszego mężczyzny.
Obdarzyłem go spojrzeniem, ale nie mogłem z siebie nic wykrztusić. Po prostu płakałem na środku korytarza, a oni patrzyli na mnie przerażeni.
- Zayn - powtórzyła tym razem mama Rose.
- Ona... - zacząłem, dusząc się płaczem. - Poroniła.
- Co? - zapytała kobieta z niezrozumieniem w oczach.
- Była w ciąży, straciła dziecko - oznajmiłem, ocierając kropelki na moich policzkach.
- Można wejść - usłyszałem głos jednej z pielęgniarek, więc natychmiast ruszyłem w stronę sali.
Zanotowałem, że pani Christine zanosi się płaczem i wtula w męża, a dziadek siada na krzesełku szpitalnym.
Po wejściu do środka, od razu zamknąłem drzwi. Rose leżała na łóżku podłączona do miliona pikających urządzeń. Patrzyła się pusto w ścianę. Jej wzrok był taki smutny, ale nie płakała. Spojrzała na mnie, a ja czułem, jak nasze serca łamią się na kawałki.
Natychmiast podszedłem do ukochanej, padając na kolana. Wybuchłem niepohamowanym płaczem tak samo, jak ona. Wiedziałem, że na pewno cierpi. Położyłem ręce na brzuchu oraz nogach Rose, a głowę między nimi. Dokładnie tam, gdzie rozwijałoby się teraz dziecko.
Moja narzeczona głaskała mnie po włosach, a jej klatka piersiowa unosiła się bardziej od płaczu. To była nasza chwila. Niestety, smutna.
Może i nie wiedzieliśmy wcześniej o dziecku, nie mieliśmy czasu, by przyjąć to do wiadomości. Jednak mimo to, pokochaliśmy maleństwo, które nigdy nie miało się narodzić. To mógł być nasz synek lub córeczka. Jednakże, nie udało mu się wygrać tej walki.
- Może i nie są to wymarzone święta, ale cieszmy się, że jesteśmy tu razem - powiedział tata Rose, głaszcząc ją po ręce.
25 grudnia spędzaliśmy w szpitalu, ponieważ moja narzeczona nie mogła jeszcze wyjść domu. Z tego powodu odwiedziliśmy ją wszyscy, rano byli nasi najbliżsi przyjaciele oraz dalsi krewni, a wieczór należał do mnie i jej rodziny. Oczywiście, atmosfera nie zachwycała radością.
Rose cały czas była taka przygaszona, mało się odzywała. Wiedziałem, że przeżywa tragiczne chwile. I starałem się wspierać ją wszystkimi siłami.
- Córcia, żebyś tylko widziała, jak dziadek wywijał na naszym weselu...
Na chwilę wyłączyłem się z historii, którą opowiadał tata Rosalie, ponieważ poczułem wibracje w kieszeni moich spodni. Wstałem z miejsca i udałem się na korytarz, wyciągając telefon.
- Halo.*
- Wszystko dopięte na ostatni guzik.*
- Dziękuję Karima, o której mamy samolot?*
- 27 grudnia, godzina 21:15 waszego czasu.*
- Wspaniale.*
Rozłączyłem się, chowając urządzenie ponownie do kieszeni. Chciałem zrobić coś dla Rose, aby pomóc jej oswoić się z tym i wydobrzeć. Zorganizowałem niesamowitą podróż dla naszej dwójki.
Wróciłem do Rosalie, siadając na krześle przy łóżku. Spojrzała na mnie zdobywając się na słaby uśmiech, a ja chwyciłem jej dłoń i ucałowałem ją.
Następnego ranka obudziłem się dosyć wcześnie, ciężko mi się sypiało bez Rose. Było tak pusto i chłodno, zdecydowanie brakowało mi jej.
Wygramoliłem się z łóżka, podchodząc do szafy Rose. Chwyciłem czyste bokserki, czarne jeansy i granatowy sweter. Nałożyłem skarpetki, po czym wyszedłem z pokoju, udając się w kierunku łazienki. Niestety, była zajęta, więc poczekałem chwilę pod drzwiami. Po kilku minutach Grace opuściła pomieszczenie.
- O, cześć Zayn - odparła z uśmiechem.
- Hej, mała - mruknąłem, puszczając jej oczko.
Zamknąłem drzwi, aby następnie przebrać się i umyć zęby. Rozczesałem włosy, po czym ułożyłem je na bok. Spryskałem ciało perfumami. Wyszedłem z toalety, rzucając jedynie piżamę na łóżko i zszedłem na dół. Christine przyrządzała śniadanie, a panowie rozkładali talerze.
- Dzień dobry, pomóc w czymś? - spytałem, pocierając ręce.
- Właściwie to już nie, siadajcie - powiedziała kobieta, rozglądając się po kuchni.
Wykonałem jej polecenie, a reszta dołączyła do mnie. Zaczęliśmy nakładać sobie prowiant, a ja czułem się tak dobrze w towarzystwie rodziny Bufford. Traktowali mnie już, jak prawdziwego jej członka. Świetnie spędzałem z nimi czas, wspierali mnie, bo wiedzieli, że Rose nie jest w stanie. Miałem rozmowę z dziadkiem mojej ukochanej, która postawiła mnie na nogi. Ten człowiek był jednym z najmądrzejszych, jakich w życiu spotkałem.
- I jak, Zayn? Te twoje kucharki też tak dobrze gotują, co moja Christine? - odezwał się, chichocząc.
- Aż tak dobrze to chyba nie - powiedziałem, pakując do buzi widelec.
- Twoja mama gotuje?
- Nie, przez całe moje życie zrobiła mi jedzenie może z 3 razy - wyszeptałem lekko zawstydzony.
- Kiedy masz koronację? - wtrącił George, aby zmienić temat.
- Po ślubie z Rose - oznajmiłem, a on zrobił wielkie oczy.
- Coś nie tak?
- Nie, po prostu zdałem sobie sprawę, że to się dzieje. Moja córeczka wychodzi za mąż - wychlipał, a ja zauważyłem, że jego oczy się zaszkliły.
- Oh, czyżbyś się wzruszył? - zaśmiała się Grace.
- Co wy? Wydaje wam się - skłamał, ocierając łezkę, która spłynęła po jego policzku. - Teraz tak poważnie, Zayn. Cieszę się, że to ty będziesz moim zięciem. Poprzednich chłopaków Rose za grosz nie lubiłem.
- Oh, dziękuję - zachichotałem, przeżuwając ostrożnie.
Po śniadaniu ja i rodzice Rose udaliśmy się prosto do szpitala. Musieliśmy wybrać moje vany i ochronę, bo dziennikarze od wczoraj oblegali budynek bez przerwy. Całe szczęście, że informacja o Rose do nich nie dotarła. Wszystko było pilnie strzeżone.
Samochody przyjechały na parking, a Marc i Philippe przeprowadzili nas do środka. Od razu wjechaliśmy windą na piętro Rosalie, idąc do jej sali chciałem, jak najszybciej zobaczyć narzeczoną. Otworzyliśmy drzwi, zastając puste łóżko.
W mojej głowie natychmiast pojawiły się czarne myśli, zrobiłem wielkie oczy, modląc się w duchu, żeby to nie było to, co pałętało się w moim umyśle.
- Dostała wypis, jest w łazience - oznajmiła pielęgniarka, która akurat przechodziła obok.
Kamień spadł mi z serca. Wypuściłem powietrze ze świstem, po czym odwróciłam się na pięcie i razem z rodzicami Rose usiedliśmy na krzesełkach. Wyjąłem telefon, ponieważ zaczął natarczywie dzwonić.
- Tak Karima?*
- Wiem, że przeżywasz teraz ciężkie chwile, ale potrzebujemy cię.*
- Co się stało?*
- Sprawa z wodociągami, są pewne komplikacje.*
- Jakie?*
- Zróbmy wideokonferencję z ministrem.*
- Może być później? Rose wychodzi ze szpitala...*
- Dobrze, godzina 15.*
Schowałem telefon ponownie do kieszeni, poprawiając włosy. Zaraz potem ujrzałem Rosalie wychodzącą z łazienki. Wyglądała o niebo lepiej. Miała na sobie długi, biały sweter lekko przed kolana i skórzane, wysokie kozaki. W ręce trzymała torebkę, a jej włosy opadały na plecy.
Od razu podszedłem do niej z pomocą, ale nie chciała tego. A jedynie, abym złączył nasze ręce. Ucałowałem policzek Rose, po czym razem z jej rodzicami skierowaliśmy się do windy. Moja narzeczona nie odzywała się praktycznie w ogóle, nie uśmiechała się. A gdy znaleźliśmy się na dole, ubrała okulary i chowała się mną.
Wiedziałem, że musieliśmy zmierzyć się z masą fotoreporterów na zewnątrz, więc nie odstępowałem jej na krok. Marc otworzył drzwi, a fala krzyku i błysku lamp zaatakowała nas. Zjawiła się też policja, która powstrzymywała natrętów.
Zapakowaliśmy się do aut, które ruszyły w kierunku domu. Położyłem dłoń na udzie Rose, a ona się wzdrygnęła, więc ją zabrałem. Chciałem płakać, gdy na nią patrzyłem, bo była taka złamana w środku. Cierpiała całą sobą.
Dotarliśmy w ciągu 30 minut, zaprowadziłem moją ukochaną na kanapę, ponieważ dziś był Boxing Day i wedle ich tradycji powinniśmy wymienić się prezentami. Wiedziałem, że to nie uszczęśliwi Rosalie, ale może na chwilę odciągnie od zmartwień.
Jej rodzina dołączyła do nas, wszystkie pudełka stały już pod choinką, a najmłodszy osobnik, czyli Grace ruszyła, aby robić w roli roznosiciela.
Podawała paczki, nawet mi się trafiło kilka. Panowała ciepła atmosfera, próbowaliśmy zachować ją. Cieszyć się.
Odpakowałem pierwszy prezent, którym były raybany od rodziców Rose.
- A tam jest coś jeszcze - powiedziała Christine, a ja spojrzałem do pudełka.
Było to zdjęcie rodzinne w ramce. Ja, Rose i jej rodzice, siostra oraz dziadek.
- To tak, żebyś miał cząstkę nas w Indiach - dodał mój teść, posyłając mi uśmiech.
- Dziękuję.
Naprawdę spodobał mi się ich gest, to było kochane.
Czekałem, aż moja Rose znajdzie prezent ode mnie. Gdy zaczęła go otwierać, martwiłem się, czy jej się spodoba. Kupiłem jej malutki, złoty naszyjnik z literką Z.
Wyjęła go, a oczy dziewczyny zaświeciły się. Podobał jej się.
- Zayn, dziękuję - wychlipała, obejmując mnie.
Założyłem go na szyję Rose, prezentował się cudnie.
- Żebyś miała mnie zawsze, nawet kiedy fizycznie nie będę mógł być przy tobie - wyszeptałem do jej ucha, a ona zacieśniła uścisk.
Resztę dnia spędziliśmy na wspólnych rozmowach, zjedliśmy obiad, a potem oglądaliśmy razem telewizję. Widziałem, jak przygaszona była Rose, dlatego miałem nadzieję, że wyjazd ją rozweseli. Gdy oboje położyliśmy się już do łóżka, przyciągnąłem do siebie blondynkę. Chciałem dać jej trochę swojego ciepła.
Weszliśmy na pokład samolotu, lecz Rose wciąż nie wiedziała, że jego cel był inny. Postanowiłem zrobić jej niespodziankę, poinformowałem załogę, że mają udawać, jakobyśmy lecieli do Indii. Siedziała na swoim miejscu, patrząc przez okno na start.
Coś w niej zgasło. Mała cząstka, która zabierała całe szczęście. Śmierć dziecka pochłonęła ją, odebrała wszystko. Była inna, chłodna. Nie przytulała mnie, nie całowała, nie uśmiechała się. Praktycznie się nie odzywała. To na pewno trauma dla nas obojga, ale ona zachowywała się, jakby z dzieckiem do nieba odeszło wszystko, co miała.
Zapominała, że ma mnie.
- Panie Malik, panie Malik* - usłyszałem zza drzwi, w które ktoś pukał. - Lądujemy.*
Przekręciłem się na plecy, przecierając oczy. Rose jeszcze spała, a ja musiałem wstać. Przeciągnąłem się, biorąc ubrania z plecaka. Zmieniłem bokserki i narzuciłem zwykły tshirt, po czym westchnąłem.
- Rose - mruknąłem, stojąc w miejscu. - Wstawaj.
Widziałem, że poruszyła się i otworzyła oczy, więc narzuciłem na siebie krótkie, materiałowe spodnie oraz skarpetki z butami.
Wyszedłem z pomieszczenia, aby dać jej trochę prywatności. Usiadłem na fotelu, wchodząc w wiadomość od Louisa.
Lou:
Jak Rose?
Zayn:
Tak samo, ledwo się odzywa.
Lou:
A ty jak się czujesz?
Zayn:
Szczerze? Do bani.
Lou:
Nie masz pojęcia, jak ci współczuję. Nie wyobrażam sobie teraz stracić Rona i Raquel.
Usłyszałem kroki, więc wrzuciłem urządzenie ponownie do kieszeni. Rosalie powoli usiadła na przeciwko mnie, wpatrując się bezczynnie w stolik przed nią. Czuliśmy, jak samolot kołuje, co oznaczało, że za moment będziemy mogli wysiąść.
Obawiałem się, czy Rosie spodoba się pomysł długiej podróży. Jednak wiedziałem, że w Indiach nie odnalazłaby się ponownie. Popadłaby w jeszcze większą obsesję.
Gdy wreszcie zatrzymaliśmy się na płycie lotniska, dwie steewardesy wyszły do nas z uśmiechami na twarzy. Chwyciłem swój plecak, a Rose torebkę, ruszając do wyjścia.
- Dziękujemy, do widzenia* - powiedzieliśmy na odchodne.
Zacząłem schodzić po schodkach samolotowych na dół, gdzie czekały dwa vany i ochrona, gdy Rose nagle stanęła. Świerze powietrze otuliło moje nozdrza, a przed oczami ukazało się błękitne niebo oraz palmy.
- Zayn - wyszeptała, a ja odwróciłem się w jej stronę. - Gdzie my jesteśmy?
- Witaj na Kubie, skarbie.
*- Od teraz będę zaznaczać gwiazdką dialogi w hindi, te bez gwiazdki normalnie w języku angielskim.
___________________________
A więc jest i 36!
Czy tylko mi ten rozdział wydaje się taki smutny?
Dlaczego musiało się to stać :c
OdpowiedzUsuńJak mi ich szkoda, to trudne
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że Rosie dojdzie do siebie
OdpowiedzUsuń:ccc Rosie :ccc
OdpowiedzUsuńMam nadzieję że wszystko się ułoży
OdpowiedzUsuńKiedy next?
OdpowiedzUsuń